Za dużo kombinowania, za mało pisania - tak bym podsumowała częstotliwość mojego blogowania w ciągu ostatnich kilka miesięcy. Nie żebym była z tego powodu zadowolona albo żeby brakowało mi materiału... Co to, to nie! Tylko jakoś tak się nie poskładało. Właściwie to nie! Raz się nawet poskładało i to całkiem sensownie... Wiedziona natchnieniem napisałam tekst, z którego byłam zadowolona, ale net mi zrobił psikusa! Dziad jeden wziął się skończył był akurat w chwili publikacji i w efekcie utraciłam to, nad czym pracowałam! Światełko nadziei rozbłysło, gdy sobie przypomniałam, że zrobiłam zdjęcie ekranu laptopa, na którym pisałam. Otworzyłam galerią, a tam... zdjęcie o jakości poniżej dna morza, normalnie jakby robione kalkulatorem. Co tu kryć, naprawdę zepsuło mi to humor i ze dwa dni chodziłam lekko zdegustowana, rozczarowana (tamten tekst był rzeczywiście dobry - w mojej głowie na pewno!...) i pogrążona w poczuciu niespełnienia. Ale nic to! - jak mawiał Pan Wołodyjowski, nie mogłam rozpaczać zbyt długo, bo pochłonęło mnie życie i szara codzienność. I tak na ten przykład do listy rzeczy, które sparaliżowały świat, oprócz covida, konfliktu zbrojnego w sąsiednim kraju i powodzi, dopisuję gołoledź (dwa dni przestoju) oraz awarią internetu. Ale to jeszcze nie wszystko! Wydarzyło się jeszcze coś, co prawie ścięło mnie z nóg i poruszyło do głębi... ZDARŁAM SOBIE PAZNOKIEĆ u nogi!!! Żeby zadać kłam czarnemu pijarowi piątku trzynastego, z kronikarskiego obowiązku, muszę odnotować, że do zdarzenia doszło 12 lutego, w czwartek... Czy bolało przez to mniej? Pytanie retoryczne! Na chwilę obecną jestem dumną posiadaczką dwudziestu palców i dziewiętnastu paznokci, i to mi musi wystarczyć. A swoją drogą to zdumiewające, że taka mała rzecz jak paznokieć, potrafi sprawić tak dotkliwy ból!...
Z rzeczy miłych - dzisiaj walentynki. Na dworze szaro, buro i ponuro. I zimno. Niech nikomu w tym dniu nie zabraknie miłości! I niech on Was rozgrzewa! Baj :)!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz