Plusem posiadania starszego rodzeństwa jest to, że jak trzeba, to pocieszy, opieprzy jeśli to konieczne albo zapewni towarzystwo, przewodnictwo, transport i wszystko inne w ramach wycieczki zorganizowanej. Spokojnie, zauważam w moim rodzeństwie coś więcej niż tylko tanie rodzinne biuro podróży albo opiekę całodobową dla marudzących „40-plus-latków”. Jednocześnie nie zmienia to faktu, że dzięki mojej siostrze (sztuk jedna) mogłam odwiedzić jakiś czas temu ciekawe miejsca „za gramanicą” naszej pięknej ojczyzyny! Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, sygnalizuję i zaznaczam, że w parę wyjątkowych rzeczy zobaczyłam również i w Polsce, ale celem zaplanowanym naszej wyprawy był zamek Frydlant. Celem niespodzianką – sanktuarium w Hejnicach. O Zamku, a właściwie o jego historii, powiedzieć za dużo nie umiem. Nie zapamiętałam imion, nazwisk właścicieli ani innych ważnych informacji, ale samo miejsce mi się podobało i chętnie tam jeszcze wrócę. Oprowadzała nas polska przewodniczka, co było na plus. Na minus była wysoka temperatura i mój brak w miarę cienkich ubrań, przez co byłam ugotowana, ale dałam radę. Ale ja nie o tym! Podczas zwiedzania zobaczyłam rzeczy zachwycające oraz totalnie odjechane (nazwałabym je „krindżowymi”, ale nie wiem jak prawidłowo zapisać to słowo!). Do pierwszej kategorii zaliczam sanki o dziwnym kształcie, takim trochę delfinowatym. Śmiem przypuszczać, że może to być zaginiony prototyp słynnej multipli – fiata takiego, który ponoć wygodny, nie wiedzieć czemu stał się obiektem memów i beki…
Inną osobliwą pamiątką z przeszłości były wypchane zwierzęta – ptaki, ssaki, w tym coś, co wyglądało jakby miało dwie głowy. Jeśli wierzyć słowom przewodniczki, osobniki te za życia mieszkały w zamkowych ogrodach, a po przejściu za tęczowy most zostały zabezpieczone dla potomnych w wersji nieżywej. Brrr…. Nie chciałabym takiej „ozdoby” w domu. Skóry z dzika czy innego niedźwiedzia też bym nie chciała, więc gdyby ktoś miał ochotę zrobić mi prezent, to już wie, czego nie wręczać.
Rzeczy, które do mnie przemówiły, to na pewno popiersia. I porcelana. Na jednym z naczyń znajdowała się nawet mini głowa smoka z jęzorem! Ależ precyzja!... Przeszliśmy dwadzieścia sal pełnych niezwykłości. Naczynia, meble, ubrania, klucze, a nawet kolekcja fajek (takich prawdziwych, nie fajek – fajek) i oczywiście on – kibelek! Dziura w ustronnym miejscu, tak zwane ministerstwo ulgi, gdzie człowiek załatwiał swoje sprawy i znów czuł się tak lekko…
Nie przywiozłam żadnego magnesiku z zamku Frydlant, bo nie zauważyłam tam takich pamiątek. Dostrzegłam jednak motyw słynnego bajkowego Krecika! Szybko skonkludowałam, że będąc onegdaj w Pradze nie natrafiłam na ślady ogrodowego szkodnika, a tuż przy granicy już tak. No, co za niespodzianka!...
Kolejnym punktem wycieczki było wspomniane czeskie sanktuarium – kościół Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny u podnóża Gór Izerskich, z zewnątrz wygląda jak Tadż Mahal. W środku dużo ciekawych „artefaktów” – w tym relikwie św. Wacława i gablota z „Maryjkami” (figurkami Matki Boskiej) w prezbiterium. Poza tym konfesjonał, niczym szafa wnękowa, wbudowany w ścianę i tuż obok figura drewnianego anioła. Zrobiłam nawet zdjęcie, bo takiego jeszcze nie widziałam. Inne rzeczy też fotografowałam namiętnie i nie omieszkam się nimi podzielić w tym wpisie. Była też niespodzianka – kościołem zajmują się franciszkanie (tacy zakonnicy katoliccy) i w jednym z bocznych ołtarzy zobaczyłam wizerunek św. Franciszka z Asyżu. A że mamy obecnie Rok św. Franciszka i już kilka jego sanktuariów odwiedziłam, to uznaję to za sympatyczne zrządzenie losu…
A na koniec dnia, będąc już na ziemi ojczystej, wybrałam się z siostrą na spacer pośród pięknych okoliczności przyrody. Poczuj ten klimat… Spacerujesz sobie spokojnie, podziwiasz piękno lokalnej przyrody, zachwycasz się polnymi kwiatami, podnosisz wzrok i widzisz wielkie kominy, jakieś zabudowania – oto przed tobą elektrownia! Skąd ona się tam wzięła? No, kto by się spodziewał… Wrażenie mocne! Futuryzm i romantyzm w jednym, lag mózgu zapewniony!
Po spacerku przyszedł czas na seans filmowy. Obejrzałyśmy „Ministrantów” oraz „Dziewczyny z Dubaju”. Tam to dopiero lag mózgu zapewniony….
Ps Byłabym zapomniała! Trasa mojej wyprawy objęła również Zgorzelec, gdzie siostra pokazała mi mural, w którym zakocha się każdy mol książkowy i miłośnik Tolkiena. Mało tego, nie miałabym nic przeciwko, żeby na moim własnym prywatnym domu ktoś popełnił takie dzieło na moją cześć. Zdjęcie, oczywiście, poniżej!...
Ps II Siostro moja najcudowniejsza i jedyna, dziękuję!