niedziela, 16 sierpnia 2026

Koteczek

Zaćmienie Słońca, wiązanka ziół i kwiatów spadająca z kościelnego chóru tuż przed moim nosem i kot na dachu, którego szczęśliwie, dzięki sąsiedzkiej współpracy, udało się sprowadzić na ziemię. A to wszystko wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku dni! Losie, co mi jeszcze ześlesz? Profilaktycznie, notorycznie, będę patrzeć teraz uważnie w górę...

PS Koteczek to najprawdopodobniej koteczka. Kręci się po mojej miejscowości i jeśli jest pośród nas właściciel, to zapraszam po odbiór tygrysicy!



poniedziałek, 3 sierpnia 2026

"Krasnalek opiekun lasu"


Buszując po strychu, trafiłam na coś wyjątkowego... Choć gabarytowo niewielka, rzecz ta wciągnęła mnie całkowicie! Siedziałam na schodach i zachwycałam się pięknymi ilustracjami, ukazującymi sceny z życia krasnalka. Tak, krasnalka! Martę wciągnęła bajka! Zgłębiłam temat i dowiedziałam się, że była kiedyś seria książeczek "Opowiedz sam..." wydana przez "WSPÓLNĄ SPRAWĘ", skierowana do dzieci w wieku przedszkolnym. W książeczkach nie było tekstu, bo dzieci same miały opowiedzieć sobie historię. Ja, co prawda, przedszkolakiem nie jestem już od dawna, ale chyba coś we mnie z niego zostało, bo nie mogłam się oderwać od cieniutkiej broszurki pt. "Krasnalek opiekun lasu". Może to przez magię i ciepło obrazów? Może przez skojarzenia z Dębowym Kręgiem? A może z tęsknoty za dzieciństwem... 

Tak czy inaczej, horyzonty poszerzone, nowa wiedza operacyjna pozyskana, osoba Zofii Fijałkowskiej -do "poznania", bo talent miała niesamowity, co widać na załączonych obrazkach. 

PS Te ilustracje naprawdę mnie ujęły, bo doskonale odzwierciedlają aurę tajemniczości, którą mają "moje" drzewa i niezwykłą atmosferę, którą czuć, gdy dęby szepczą sobie wzajemnie swoje tajemnice i historie sprzed lat...

PS II To się nazywa talent, a nie jakieś tam "ej-aje"...


"Krasnalek Opiekun lasu", seria "Opowiedz sam..." wydana przez "WSPÓLNĄ SPRAWĘ", 
ilustrowała Zofia Fijałkowska




środa, 22 lipca 2026

Rocznica

Lipiec rok po roku i dwa motyle…

Zanurzyć się we wspomnieniach pożegnań sprzed roku czy z nieśmiałą nadzieją uwierzyć, że oto Opatrzność zsyła dobry znak?..

Choroba, cierpienie, lęk, tęsknota i śmierć kontra łagodny uśmiech Matki Karmelu, Matki, która nas zna…

Rok temu TEGO dnia odeszła Joanna Kołaczkowska.

Rok temu TEGO dnia odszedł Pan Zbyszek.

Rok temu TEGO dnia Mama obchodziła urodziny.

Lipiec już nigdy nie będzie taki sam.

Rok spięty klamrami motylich skrzydeł.


VII 2025

VII 2026




sobota, 11 lipca 2026

Nie daj się oszukać!

        Wraca sobie człowiek z pracy do domu, zajechany jak koń po westernie, po całym tygodniu, raduje się piątkowym popołudniem, a tu nagle… dzwoni telefon! Człowiek odbiera połączenie i, o dziwo, po drugiej stronie odzywa się drugi człowiek! I zaczyna się pełna emocji rozmowa o danych wrażliwych, o rzekomym kredycie na człowieka (czyli na mnie!) zaciągniętym, o spłacie, o działaniach służb, o czekającej mnie rozmowie z funkcjonariuszem (jutro, czyli w sobotę), o wzywaniu mnie do wystąpienia w charakterze świadka itd. I jeszcze mam nikomu nic nie mówić. Nikomu! Nawet mojemu prawnikowi! Zostałam zapytana o wiele rzeczy, m.in. o to, w którym banku mam konto i ile mam środków na tym koncie. Jak nie podam, to oni nie będą mogli ubezpieczyć/zabezpieczyć/cofnąć tego „mojego” rzekomego kredytu i będę musiała go spłacać. Stwierdziłam, że nie podam salda konta, bo najpierw muszę porozmawiać z policją. Tu niespodzianka - pan się zaczął irytować i nalegać, żebym podała, bo za miesiąc przyjdzie mi wezwanie do spłaty zadłużenia i pierwsza rata na ponad 2000,00 zł. Rozłączać się też nie mogę, bo jak się rozłączę to oni mi nie pomogą. Tak ta cała akcja wyglądała w skrócie. 

        Z kronikarskiego obowiązku nadmieniam, że pan się przedstawił (mówił ze wschodnim akcentem), podał nazwę banku, w którym niby miał pracować, podał numer kadrowy (nie pracowniczy – kadrowy!), po czym przeszedł do przekazywania wiadomości, że kredyt i tak dalej, w międzyczasie dopytując czy składałam wniosek o kredyt, czy ktoś może mieć dostęp do moich danych wrażliwych, w jakim banku mam konto itd. Mimo że mieszkam „pod kamieniem” i mam nikłe pojęcie o cyberprzestępstwach to „redflagi” odpalały mi się co chwilę przez całą tę rozmowę. 

        Wiem, mogłam nieco wcześniej się rozłączyć, ale z drugiej strony byłam ciekawa (a ciekawość to pierwszy stopień do…), jak dalej się potoczy ta konwersacja. W końcu jednak wcisnęłam czerwoną słuchawkę na ekranie, po czym wykonałam kilka telefonów do znajomych osób (DZIĘKUJĘ ZA WSPARCIE!!!), żeby przegadać temat i ustalić, co zrobić z tym wszystkim. Otrzymałam bezcenne rady, które wprowadziłam w życie w trybie natychmiastowym: 1) telefon do banku, 2) zastrzeżenie numeru PESEL. Pani z banku powiedziała, że to wszystko wskazuje na próbę oszustwa, że mają sporo takich zgłoszeń i że oszuści posługują się danymi pracowników banku, zamieszczonymi na jego stronie. Po rozmowie zastrzegłam PESEL w aplikacji mObywatel i padłam na łóżko, zirytowana, nieco przygnębiona, zdegustowana i zmęczona, w dodatku z refleksją, że jak coś się dzieje gdzieś daleko, to wydaje się nierealne czy wręcz niemożliwe. Ale kiedy problem dotyka mnie, wówczas następuje bolesne zderzenie z rzeczywistością…

        Nie wiem, jaki będzie finał tej historii. Czy zadzwoni do mnie jednak jakiś funkcjonariusz? Czy zostanę wezwana w charakterze świadka? Czy dostanę wezwanie do spłaty kredytu? Tego wszystkiego dowiecie się w następnym odcinku serialu zwanego życiem…

Tymczasem, bądźcie czujni i bezpieczni! Chrońcie swoje dane! I niech oszuści Was omijają szerokim łukiem!





piątek, 26 czerwca 2026

Zamek Frydlant i te sprawy...


Plusem posiadania starszego rodzeństwa jest to, że jak trzeba, to pocieszy, opieprzy jeśli to konieczne albo zapewni towarzystwo, przewodnictwo, transport i wszystko inne w ramach wycieczki zorganizowanej. Spokojnie, zauważam w moim rodzeństwie coś więcej niż tylko tanie rodzinne biuro podróży albo opiekę całodobową dla marudzących „40-plus-latków”. Jednocześnie nie zmienia to faktu, że dzięki mojej siostrze (sztuk jedna) mogłam odwiedzić jakiś czas temu ciekawe miejsca „za gramanicą” naszej pięknej ojczyzyny! Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, sygnalizuję i zaznaczam, że w parę wyjątkowych rzeczy zobaczyłam również i w Polsce, ale celem zaplanowanym naszej wyprawy był zamek Frydlant. Celem niespodzianką – sanktuarium w Hejnicach. O Zamku, a właściwie o jego historii, powiedzieć za dużo nie umiem. Nie zapamiętałam imion, nazwisk właścicieli ani innych ważnych informacji, ale samo miejsce mi się podobało i chętnie tam jeszcze wrócę. Oprowadzała nas polska przewodniczka, co było na plus. Na minus była wysoka temperatura i mój brak w miarę cienkich ubrań, przez co byłam ugotowana, ale dałam radę. Ale ja nie o tym! Podczas zwiedzania zobaczyłam rzeczy zachwycające oraz totalnie odjechane (nazwałabym je „krindżowymi”, ale nie wiem jak prawidłowo zapisać to słowo!). Do pierwszej kategorii zaliczam sanki o dziwnym kształcie, takim trochę delfinowatym. Śmiem przypuszczać, że może to być zaginiony prototyp słynnej multipli – fiata takiego, który ponoć wygodny, nie wiedzieć czemu stał się obiektem memów i beki…

Inną osobliwą pamiątką z przeszłości były wypchane zwierzęta – ptaki, ssaki, w tym coś, co wyglądało jakby miało dwie głowy. Jeśli wierzyć słowom przewodniczki, osobniki te za życia mieszkały w zamkowych ogrodach, a po przejściu za tęczowy most zostały zabezpieczone dla potomnych w wersji nieżywej. Brrr…. Nie chciałabym takiej „ozdoby” w domu. Skóry z dzika czy innego niedźwiedzia też bym nie chciała, więc gdyby ktoś miał ochotę zrobić mi prezent, to już wie, czego nie wręczać.

Rzeczy, które do mnie przemówiły, to na pewno popiersia. I porcelana. Na jednym z naczyń znajdowała się nawet mini głowa smoka z jęzorem! Ależ precyzja!... Przeszliśmy dwadzieścia sal pełnych niezwykłości. Naczynia, meble, ubrania, klucze, a nawet kolekcja fajek (takich prawdziwych, nie fajek – fajek) i oczywiście on – kibelek! Dziura w ustronnym miejscu, tak zwane ministerstwo ulgi, gdzie człowiek załatwiał swoje sprawy i znów czuł się tak lekko…

Nie przywiozłam żadnego magnesiku z zamku Frydlant, bo nie zauważyłam tam takich pamiątek. Dostrzegłam jednak motyw słynnego bajkowego Krecika! Szybko skonkludowałam, że będąc onegdaj w Pradze nie natrafiłam na ślady ogrodowego szkodnika, a tuż przy granicy już tak. No, co za niespodzianka!...

Kolejnym punktem wycieczki było wspomniane czeskie sanktuarium – kościół Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny u podnóża Gór Izerskich, z zewnątrz wygląda jak Tadż Mahal. W środku dużo ciekawych „artefaktów” – w tym relikwie św. Wacława i gablota z „Maryjkami” (figurkami Matki Boskiej) w prezbiterium. Poza tym konfesjonał, niczym szafa wnękowa, wbudowany w ścianę i tuż obok figura drewnianego anioła. Zrobiłam nawet zdjęcie, bo takiego jeszcze nie widziałam. Inne rzeczy też fotografowałam namiętnie i nie omieszkam się nimi podzielić w tym wpisie. Była też niespodzianka – kościołem zajmują się franciszkanie (tacy zakonnicy katoliccy) i w jednym z bocznych ołtarzy zobaczyłam wizerunek św. Franciszka z Asyżu. A że mamy obecnie Rok św. Franciszka i już kilka jego sanktuariów odwiedziłam, to uznaję to za sympatyczne zrządzenie losu…

A na koniec dnia, będąc już na ziemi ojczystej, wybrałam się z siostrą na spacer pośród pięknych okoliczności przyrody. Poczuj ten klimat… Spacerujesz sobie spokojnie, podziwiasz piękno lokalnej przyrody, zachwycasz się polnymi kwiatami, podnosisz wzrok i widzisz wielkie kominy, jakieś zabudowania – oto przed tobą elektrownia! Skąd ona się tam wzięła? No, kto by się spodziewał… Wrażenie mocne! Futuryzm i romantyzm w jednym, lag mózgu zapewniony!

Po spacerku przyszedł czas na seans filmowy. Obejrzałyśmy „Ministrantów” oraz „Dziewczyny z Dubaju”. Tam to dopiero lag mózgu zapewniony….

Ps Byłabym zapomniała! Trasa mojej wyprawy objęła również Zgorzelec, gdzie siostra pokazała mi mural, w którym zakocha się każdy mol książkowy i miłośnik Tolkiena. Mało tego, nie miałabym nic przeciwko, żeby na moim własnym prywatnym domu ktoś popełnił takie dzieło na moją cześć. Zdjęcie, oczywiście, poniżej!...

Ps II Siostro moja najcudowniejsza i jedyna, dziękuję!