środa, 13 marca 2024

Sto lat, Wam i mi!

Moi Drodzy, dzisiaj ważny dzień, małe wielkie święto...

Mija równo rok od dnia, w którym opublikowałam pierwszy wpis na tym blogu. Dziękuję, że tutaj zaglądacie i towarzyszycie mi w tej wielkiej przygodzie zwanej życiem!  Ciekawa jestem, gdzie mnie miłość do literatury, kultury, natury i makulatury zaprowadzi, i pozdrawiam Was najserdeczniej, życząc wszystkiego, co najpiękniejsze!

Marta




niedziela, 10 marca 2024

Kiedy czytelnik spotyka ulubionego Pisarza...

 Stało się…

Spotkałam moją ulubioną pisarkę, otrzymałam wpis do książki i nawet udało się zrobić pamiątkowe zdjęcie!

Moi Drodzy, kłania Wam  się nisko radosna i szczęśliwa miłośniczka twórczości Anety Jadowskiej!!!

Jak tylko wyczytałam, że moja ulubiona Autorka pojawi się na Targach Książki w Poznaniu, stwierdziłam, że muszę tam pojechać. Znalezienie kompana wyprawy zajęło nie więcej niż pół godziny. Pomógł fakt, że tego samego dnia, jakieś 500 m od mojego celu, odbywał się Festiwal Roślin. Data 9 marca 2024 r. w moim kalendarzu była zabukowana z długim wyprzedzeniem, z klauzulą: „NIEODWOŁALNE”! Po drodze, jak to zwykle bywa, to i owo się zmieniało, to czy tamto komplikowało, moje nastawienie też się zmieniało (od skrajnego entuzjazmu na początku, przez totalne zniechęcenie pod koniec, aż po realizację 24 godziny przed spontanicznego pomysłu wyrażenia sympatii i uznania Autorce ), ale jak przyszło co do czego, to było jasne, że pojadę do tego Poznania i chociaż sobie pooglądam książki. A tych było tam tysiące. Z równym ukontentowaniem patrzyłam na ludzi. Tych również było setki, a może i tysiące. Oblegali stoiska wydawnictw, uczestniczyli w spotkaniach autorskich (zauważyłam co najmniej dwie sceny), kupowali książki, dyskutowali, atmosfera świetna, choć naprawdę w takim tłumie łatwo się było zgubić. Szczególnie interesujące były dla mnie osoby, które swoim ubiorem/strojem czy tym, no, „ołtfitem”, wyróżniały się w jakiś sposób, a to intensywnością barw, nietypowymi dodatkami, kolorem włosów itp. Kolorowe ptaki, po prostu.

Do Poznania podróżowałam w bardzo komfortowych, samochodowych warunkach, korzystając z życzliwości Osoby, która akurat tego samego dnia wybierała się do stolicy Wielkopolski (DZIĘKUJĘ RAZ JESZCZE!).  Dla mnie to była prawdziwa podróż w nieznane, ponieważ moja znajomość sąsiedniego województwa ogranicza się w sumie do Gostynia, Leszna i Rawicza więc tym bardziej doceniam fakt, że zostałam dostarczona dokładnie do miejsca, w którym odbywają się targi, a tym samym możliwość zgubienia się została wyeliminowana w niemal 100%. (Niemal, bo jednak przy moim szczęściu zawsze istnieje opcja, że coś pójdzie nie tak, a właściwie nie coś, tylko ja…).

Po „wysiąściu” moim zadaniem stało się przejście przez ulicę i dotarcie do dworca kolejowego, gdzie grzecznie czekałam na moją towarzyszkę – A. I wiecie co? Przyjechała! A to ci niespodzianka… he, he. Potem już się samo potoczyło. Najpierw Festiwal Roślin, bo A. chciała, a i ja byłam ciekawa. Weszłyśmy do ogromnej hali wypełnionej roślinkami wszelkiej maści i ludźmi, którzy tychże roślin potrzebowali. Mnóstwo wszystkiego, wybór ogromny, ceny zróżnicowane, ale raczej przystępne. Minus – ścisk, brak cen na niektórych rzeczach, mało miejsca w torbie/plecaku na zapakowanie nabytków i konieczność targania tego, co się nabyło, przez cały dzień (ze względu na powrót zaplanowany na wieczorową porę). Kupna „zieleniny” nie planowałam, ale trafiło się kilka obiektów, którym nie mogłam się oprzeć. Wśród nich prezent dla mamy (musiałam!) i coś, co kształtem przypomina pióropusz Tańczącej Chmury z „Dr Quinn. Ale nie żałuje, bo to takie pstrokate, ale pocieszne.

Etap kolejny. Coś przekąsiłyśmy, zajrzałyśmy do Action (hasło: „Nie, nie potrzebujesz tego”) oraz do „ministerstwa ulgi” (dla niewtajemniczonych toaleta, 3 zł, można płacić kartą, w miarę czysto, papier był, ręczniki papierowe również, ogólnie dało się załatwić, co się chciało). I nastała pora wejście na Targi Książek. Bilety kosztowały 15 zł od osoby (zakupiłam je wcześniej, przez internet). To niewygórowana kwota, naprawdę. Gdy przyszłyśmy, trwało akurat spotkanie z Katarzyną Bonda. Co prawda, nie czytałam jej książek, ale nazwisko dobrze znam. Słuchałam z zainteresowaniem, bo ciekawe rzeczy mówiła. I w ogóle jest bardzo elegancką kobietą. Myślę, że prędzej czy później nabiorę „smaka” na jej twórczość. Wszystko w swoim czasie. No, a czas upływał szybko i przyszła pora na najważniejszy (dla mnie) punkt programu – podpisywanie książek przez Anetę Jadowską. To był powód, dla którego zapałałam chęcią wyjazdu do Poznania. Bardzo bardzo bardzo, ale tak bardzo chciałam, aby moja ulubiona Autorka podpisała mi książkę, od której zaczęła się moja przygoda z Dorą Wilk i jej pokręconym stadem. Zabrałam również ze sobą książkę Jadowskiej, należącą do naszej gminnej biblioteki, bo uznałam, że jak się da, to i tu podpis Pisarki będzie nie lada gratką.

Znalazłyśmy salę, w której miało być podpisywanie, stanęłyśmy naprzeciw drzwi wejściowych i czekałyśmy. Ludzi przybywało, pojawiła się również i Ona. Na zewnątrz zachowałam stoicki spokój,a w środeczku skakałam do góry niczym onegdaj nastolatki na koncertach Backstreet Boys. Normalnie szał, Królowa Fantastyki tak blisko, kilka metrów ode mnie. Kto choć raz spotkał swojego idola, ten wie, o czym mówię. I nie wiem jak długo byśmy tak stały, gdyby pani z obsługi nie sprowadziła nas do parteru słowami, że koniec kolejki jest tam, wskazując odległy kraniec holu. Cóż było robić, w końcu pokornie zajęłam miejsce pośród innych miłośników fantastyki i czekałam. Czekałam, czekałam… Czas leciał, kolejka się nie zmniejszała, zaczynałam tracić nadzieję, że się uda. Rozumiałam, że te wszystkie osoby przede mną mają podobne pragnienia i skwapliwie korzystają z okazji do ich spełnienia. (Choć zabieranie do podpisu np. 8 książek uważam za lekką przesadę, a były osoby, które tyle miały albo i więcej). Jednocześnie nogi wrzynały mi się wiadomo gdzie, bo jednak długie stanie nie jest tym, co kończyny dolne lubią najbardziej. W międzyczasie nawiązałyśmy kontakt z paniami – Mamą i Córką -  stojącymi z nami w kolejce i to w znacznym stopniu umiliło nam postój, przestój, zastój i czekanie. „Pani Mama” oznajmiła, że nam się uda, co przyjęłyśmy z niedowierzaniem, ale przecież mamy trzeba słuchać. I nagle, gdy byłyśmy na wysokości drzwi do sali , znów podeszła pani z obsługi i oznajmiła, że my i kilka osób za nami jeszcze wejdziemy, natomiast pozostałe osoby będą mogły podejść po podpisy po spotkaniu autorskim. Co tam zmęczenie, co tam niewyspanie, nic nie jest istotne w chwili, gdy masz w ręku książki, przed sobą Idolkę i wiesz, że już za chwilę ta osoba skupi na Tobie swoją uwagę przez tę chwilę. I jeszcze zapyta o imię, by wpisać odpowiednią dedykację..

Jeny, ja wiem, że to brzmi jak bym była jakąś maniaczką, ale zapewniam, że nie jestem. Jednakże to uczucie, gdy spotykasz Osobę, której książki towarzyszą Ci od dawna i przenoszą do świata pełnego magii i nieoczekiwanych zwrotów akcji, jest po prostu nie do opisania. Chylę czoła przed Anetą Jadowską i mam zamiar nabyć wszystko, co wyszło spod jej pióra.

Jako usatysfakcjonowana miłośniczka Dory, Katii i Witkacego,  wyszłam z sali z „We Are The Champions” (Freddie idealny na wyjątkowe okazje) na ustach (ale cichutko) i bananem na licu. Aż chciało się rzecz (do samej siebie): Melduję wykonanie zadania! Nawet nie chcę myśleć, co mogła sobie pomyśleć moja towarzyszka, ale mam nadzieję, że to było coś w stylu pobłażliwego zrozumienia, a nie litości i zażenowania. Poszłyśmy na spotkanie autorskie mojej Idolki (o 17:00), a stamtąd pora była ruszać na pociąg. Dworzec po przeciwnej stronie ulicy więc daleko nie było. Starczyło czasu na zakup biletów (w biletomacie, niech żyje socjalizacja), magnesików (bo co ta wycieczka bez nich) i chwilę odpoczynku. Gdy dotarłyśmy na peron (położony hen daleko głównej części dworca), nasz skład już był podstawiony więc wsiadłyśmy i rozpoczęła się podróż do domu. Równie przyjemna jak cały wypad, bo powroty są przyjemne. Dobrze się oderwać od codzienności, ale nie ma jak w domu. Amen. Koniec. Tym, którzy dotarli do końca, dziękuję! Dorzucam kilka zdjęć i życzę dobrego niedzielnego popołudnia!

PS Marzenia się spełniają!














niedziela, 4 lutego 2024

Chłopi, czyli o najnowszym filmie i trochę o książce

Stało się, obejrzałam najnowszych "Chłopów" z 2023 r. w reżyserii i wg scenariusza DK Welchman oraz Hugh Welchmana. I mam już zdanie na ten temat. A jest ono następujące - historia przykra i straszna, film dobry. Dobór aktorów 10/10, chociaż bawiła mnie Małgorzata Kożuchowska w roli Organiściny. Muzyka i ścieżka dźwiękowa klimatyczna i barwna, dobrze oddawała nastrój. Dajmy na to, wesele Jagny i Boryny - te tańce miały w sobie coś wręcz diabolicznego... 

Ale tym, co mnie najbardziej denerwowała była animacja! Bardzo mi to utrudniało oglądanie, momentami miałam wręcz wrażanie, że zaraz dostanę oczopląsu. Jednocześnie przyznaję, że były takie ujęcia, gdzie malowe tło było bardzo malownicze i nastrojowe, ale jednak całość mnie męczyła. I chyba nie jestem tak wytrawnym odbiorcą, aby docenić tę formę przekazu. Jam człowiek prosty i dla mnie coś jest albo animacją, albo filmem. To tyle, jeśli by mnie ktoś pytał o zdanie. 

Sama historia Jagny jest mi znana, bo jestem z tych, co to niegdyś przeczytali książkę (dla przypomnienia  - napisał ją Władysław Reymont i dostał za to Nobla), i niezmienne od lat uważam, że to okropna historia. Równie niezmiennie żal mi żony Antka, bo jej chłop bierze i przeżywa miłosne rozterki, a ona musi ogarnąć wszystko. Idealne życie, nie ma co... Bardzo się cieszę, że nie musiałam żyć w tamtych czasach!

Nie pamiętam treści książki na tyle, by porównywać ją z filmem na zasadzie, co wycięli, a co pozmieniali. Miałam ambicję, aby przebrnąć przez całość przed obejrzeniem najnowszej ekranizacji, ale po kilkunastu stronach dałam sobie spokój. Za długie to i za toporne. W liceum to była moja lektura obowiązkowa, teraz mogę czytać, co chcę. Niech więc "Chłopi" dalej zalegają na półce i obrastają w kurz, czekając dnia, kiedy jednak postanowię znów przebrnąć z Reymontem przez cztery pory roku...

I na koniec anegdotki, oczywiście, jak to twórczość Reymonta była obecna w moim życiu od małego... Jak powszechnie wiadomo, mam starszą siostrę. Ta ambitna dziewczyna niezmordowanie próbowała wpajać mi wiedzę na różne tematy, gdy byłam "kaszojadem" i jedno z sakramentalnych pytań, na które musiałam umieć odpowiadać brzmiało: kto napisał "Chłopów"?  Reymont! Jak miał na imię? Władysław! 

Kilkanaście lat później nastał dzień, w którym kupiłam słynne dzieło. Zakupu dokonałam w górowskiej księgarni (dziś już nieistniejącej) za gotówkę znalezioną na ulicy. Dosłownie na ulicy. Idąc wieczorową porą, nie pamiętam dokąd, zobaczyłam na chodniku banknoty. Rozejrzałam się, ale wokół nikogo nie było. Podniosłam banknoty, ciesząc się, że wpadły mi 3 dyszki. Wsadziłam je do kieszeni i dopiero kilka godzin później przekonałam się, że to było o wiele więcej niż 30 zł. Radość i niedowierzenia, ale najpierw próba znalezienie właściciela, bo ja jestem z tych, co by oddali kasę, gdyby było wiadomo komu. W tym przypadku nie było. Po jakimś czasie wydałam te pieniądze m.in. na książkę i na parasol, które mam do dziś, a część przeznaczyłam na jakiś charytatywny cel. A dumna z własnych "Chłopów" byłam jak diabli, bo już wtedy w moim łbie rodził się plan - marzenie posiadania własnego bogatego księgozbioru....





środa, 31 stycznia 2024

Chórowy zawrót głowy, czyli MUSIC EVERYWHERE na urodziny

Zacznę od razu, na fali entuzjazmu, mam najlepszą, najwspanialszą siostrę ever (jedną, jedyną swoją drogą...)! I ta moja best "sis" podarowała mi cudowny prezent urodzinowy, a co jeszcze lepsze - towarzyszyła mi w tym! A w czym? W koncercie, drodzy Państwo! Wybrałyśmy się (my i zacne towarzystwo małżonków i przyjaciół) do Wrocławia na koncert Chóru MUSIC EVERYWHERE. Miejsce - Teatr Polski. Repertaur - polskie przeboje, m.im. Biała armia, Zacznij od Bacha, Nie pytaj o Polskę czy Co mi Panie, dasz. Dodatkowy bonus to gościnny udział Natalii Piotrowskiej - Paciorek i Kuby Jurzyka, których znam dzięki kanałowi Studio Accantus. Super mega utalentowanych osób jest tam mnóstwo, a utworów w wykonaniu Natalii i Kuba możecie posłuchać choćby  TU lub TU. W tym miejscu mała dygresja - moją chyba najbardziej ulubioną perełką accantusową jest "Więzienne tango". Przecież powszechnie wiadomo (a już każda kobieta wie na pewno), że zasłużył sobie, to jego wina (...) i każdy postąpiłby tak jak ja!... Koniec dygresji. Wracamy do Wrocławia. A właściwie wracamy z Wrocławia. Ja, mój kierowca (szacun za umiejętność znajdowania miejsca do parkowania nawet, gdy tego miejsca pozornie brak) i dwa krążki... Bo ja, proszę Państwa, po występie miałam niedosyt i nabyłam płytę chóru, a że w sprzedaży były i płyty Kuby Jurzyka to jakoś tak automatycznie wzięłam dwie, jak do tego doszło nie wiem, no, bo sobie leżały, kusiły, potem znalazły się w moich rękach, następnie w torebce, a że mam słabą silną wolę... to teraz słucham naprzemiennie - Music Everywhere, Jurzyka i Accantusa (z neta). I ładuję swoje baterie dobrą muzyką z pozytywną energią, w wykonaniu ludzi, którzy naprawdę potrafią śpiewać. Och, ach, super! Git, fajnie i rewelka!

Szukałam w polskiej muzyce czegoś nowego, starych idoli nie porzucam, ale potrzebowałam odmiany. I tę odmianą znalazłam. A tak w ogóle to po koncercie odwiedziłam fb Chóru M. i odkryłam, że zagrali podczas WOŚP w Obornikach Śląskich! Jaka szkoda, że to przeoczyłam! Och, szkoda, szkoda, szkodunia... ale żywię nadzieję, że jeszcze to nadrobię i kolejnego występu nie przegapię :)!

A teraz uwaga, małe lokowanie produktu - jeśli i Ty chcesz wziąć udział w niezwykłym wydarzeniu, a konkretnie - występie kabaretu BLADE POJĘCIE i koncercie zespołu OZIRAIN to zapraszam Cię do Ścinawy! Piątek, 02 lutego, godz. 19:00, Centrum Kultury i Biblioteka! Wstęp wolny! I nie bój nic, nie sprzedajemy płyt więc nic nie ryzykujesz, a zatem - DO ZOBA! 



Czystość szyb, level hard.


Takie coś, takie coś, takie coś...









sobota, 27 stycznia 2024

Kulturalnie - Cezik, Dżem i Akademia Pana Kleksa

Ja się normalnie wzruszyłam! Dzięki jednemu z moich bardzo małoletnich krewniaków, poznałam piosenkę o drapieżnym kilerze, któremu na imię T-Rex. I gdy tak słuchałam tej nuty (buja!), nagle mnie olśniło - TO ŚPIEWA CEZIK! Oj, oj, oj! Najsampierw naszła mnie duma, że dziecięcie posiada dobry gust muzyczny (oby my nie przeszło z wiekiem), a potem ogarnęła mnie fala wspomnień. Bo ja CeZika bardzo lubię od lat! Bo CeZik to majsterszyk! To Fortiter Blues (I'm gonna give'em a chicken! Popatrz jaka franca), to Te ostatnie niedziele , Szajka Cezika i Wzniosłe treści obcych pieśni! A kto pokazał światu "Józefa Kanię z Nowego Grodziska Mazowieckiego", który wystąpił w brytyjskim "Mam Talent" i zachęcał "Żryj witaminy!"? Znacie KlejnNuty? Jeśli nie, to pora to nadrobić! Na yt jest mnóstwo cezikowych produkcji, dobra zabawa gwarantowana. Jedno, czego potrzeba to dystans do świata...
Ale to nie koniec moich kulturalnych rozkmin!
Jakiś czas temu kraj obiegła informacja, że Sebastian Riedel w kwietniu br. dołączy do Dżemu. Tak się ucieszyłam, że aż nie uwierzyłam. Ale w końcu dotarło do mnie, że to prawda. Jaram się! Dla tych, co nie wiedzą - w skrócie - Seba jest synem Ryśka Riedla, który był frontmanem Dżemu, ale niestety zmarł w 1994 r. Potem zespół miał innych wokalistów, Sebastian angażował się we własny muzyczne projekty (m.in. zespół CREE - również polecam!), a teraz dołączy do ekipy ojca. Czuję, że to się może udać! I jeśli tylko będę miała okazję, to z przyjemnością pójdę na ich koncert. A gdyby ktoś chciał poznać historię Ryśka Riedla (uwielbiam jego głos!) to polecam film "Skazany na bluesa" Jana Kidawy - Błońskiego. 
A propos filmów to wiem jakiego nie chcę oglądać... Akademii Pana Kleksa! Przyczyna jest prosta - nie cierpię tej książki! Przeczytałam ją w IV klasie szkoły podstawowej, ponieważ była na liście lektur obowiązkowych i uważam się w tym zakresie za ofiarę systemu edukacji. Poważnie, wcale nie przesadzam! I nie robię sobie tych, no, jaj! Nie ja... Nigdy w życiu!  10-letnia ja nie byłam gotowa na opowieść szpaka Mateusza o morderczych wilkach, które zniszczyły królestwo jego rodziców! Albo na historię o Filipie - fryzjerze i psychopacie w jednym - który sobie zrobił lalkę w kształcie chłopca, takiego robota w sumie, i wysłał do akademii. Taki tam mały prank na Panu Kleksie. Jak to się skończyło, nie jestem pewna, kojarzy mi się jakaś totalna demolka, ale głowy za to nie dam. Sprawdzać jednak nie będę, choćby z tego powodu, że nie mam książki w domu i nie zamierzam mieć. Dla sprawiedliwości napiszę, że bardzo mi się podobał motyw furtek, którymi można było wchodzić do różnych bajek albo gra w piłkę globusem. Zaliczam to jednak to wyjątków, a te - jak wiadomo - potwierdzają regułę. 
A czy ja dobrze pamiętam, że Ambroży Kleks sprawdzał sny swoich uczniów? Było tam coś takiego, że chłopcy łapali sny do specjalnych lusterek? I czy do wody do mycia się w łazience był dodawany sok, na każdy dzień inny? I czy była tam opowieść o jakimś pomniku z czekolady, codziennie zjadanym i stawianym na nowo? I czy pan Kleks na końcu okazał się...guzikiem? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi!...
Reasumując, Panie Brzechwa - fajnie, żeś Pan wymyślił taką opowieść, gratuluję wyobraźni - ale czemu, na litość boską, okrutny los sprawił,  że musiałam ją "czytnąć"!?! Ot, tajemnice istnienia...

Od "Kleksa" gorszy jest już tylko "Pinokio", ale jeśli zacznę o tym teraz pisać, to koszmary w nocy gwarantowane więc dam sobie spokój ;)  




 

niedziela, 21 stycznia 2024

W poszukiwaniu korzeni

 Onegdaj opublikowałam wpis o próbie pozyskania metryczek moich dziadków. Kto chce, znajdzie go TUTAJ

Dziś pora na aktualizację - muzeum mi odpowiedziało! Otrzymałam gotowy formularz wniosku, jaki należy złożyć oraz informację o opłatach związanych z pozyskaniem danych. Przypominam, będę wnioskować o metryczki dowodowe, czyli takie karty zawierające zdjęcie oraz podstawowe dane. 

W piśmie znalazłam również interesujące pouczenie, że osoby zmarłe przed 1952 rokiem oraz te, które wyjechały na stałe z Polski przed 1952 r., nie posiadały metryczek dowodowych, więc podejmowanie poszukiwań w ww. zespole archiwalnym jest bezzasadne. Moich przodków to nie dotyczy więc znów pojawia się nadzieje, że coś się o nich znajdzie. Gdybym tak dostała fotografię babci byłabym przeszczęśliwa! 

W ramach poszukiwań odwiedziłam też wirtualnie gminę, z której pochodził mój dziadek oraz parafię w jego rodzinnej miejscowości. Mama przypomniała natomiast, że mój pradziadek był tam przez wiele lat kościelnym i wyrabiał opłatki, a ciotka z Ameryki (siostra dziadka), ufundowała witraż do kościoła. Stronę parafia wygląda TAK. Jest tam zakładka "GENEALOGIA". Interesujące! 

Weszłam i wyczytałam, że zbiory mają zarchiwizowane (brawo!) i że jak się chce je przeglądać to trzeba zapłacić. Niby rozumiem, ale i tak mój wewnętrzny sknera się zjeżył i trochę pomarudził. Korci mnie jednak, żeby złożyć tę dobrowolną ofiarę (tak się ta opłata nazywa wg regulaminu) celem konserwacji i udoskonalenia technik archiwizacji, i zapoznać się ze zbiorami. Mam jednak zagwozdkę, gdyż nie wiem, jaką kwotę przekazać. Nie jestem też pewna na jak czas potrzebuję dostępu (to też nie jest na stałe). A ofiara, jak mówi regulamin, powinna być adekwatna do zakresu udostępnionego zbioru i czasu jego korzystania. Parafia umożliwia skorzystanie z Księgi Urodzonych, Księgi Ochrzczonych, Księgi Zaślubionych, Księgi Zmarłych i księgi zapowiedzi. Brzmi ciekawie! Podoba mi się jeszcze to, że można wirtualnie odwiedzić miejscowy cmentarz (na stronie parafii jest zakładka). Jak zauważyłam, osób noszących nazwisko mojego dziadka jest tam sporo więc z dużą dozą prawdopodobieństwa z częścią tego towarzystwa łączą mnie więzy krwi. Liczę, że zdobędę jakąś wiedzę w tym zakresie i stworzyłam małą listę zadań na najbliższe dni, które być może kiedyś pomogą mi w osiągnięciu celu:

1) wypełnić i wysłać wniosek w sprawie metryczek (papierowo to uczynię)

2) kontakt z parafią i próba ustalenia, w której świątyni znajduje się witraż (podobno jest podpisany...)

3) oszacować przedział czasowy, w którym moi przodkowie mogli korzystać z "usług" księdza

4) oszacować na jak długo potrzebuję dostęp do ksiąg i zaplanować budżet na ten cel.



-------

A tak serio, to ile powinnam wpłacić?



poniedziałek, 15 stycznia 2024

Kto to powiedział?...


Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie.


Kto wskaże książkę i autora albo chociaż bohatera, który wypowiada te słowa, ten dostanie nagrodę! 

Dla mnie to klasyk i majstersztyk mistrza. Podpowiedź - istota, która zwraca się tak do swoich ziomków jest niskiego wzrostu i ma duże stopy. I obchodzi urodziny 22 września. I kumpluje się ze starcem z siwą brodą, lubiącym sztuczne ognie (nie mylić z dupkiem Dumbledorem!). 

I jak, kojarzy ktoś?